Chaos pierwszych lat. Problemy na drodze scalania odrodzonego państwa

I wojna światowa przyniosła Europie koniec imperialnego porządku ustanowionego w XIX w. i upadek wielonarodowych monarchii. Wśród nowych państw, które powstały na jego gruzach, Polska wyróżniała się szczególnie dużymi różnicami w rozwoju społecznym i gospodarczym terenów, które weszły w jej skład.

Nowe państwo, które zaczęło się tworzyć jesienią 1918 r., nie miało jeszcze ustalonych granic. Ich kształtowanie zakończyło się dopiero w czerwcu 1922 r. po włączeniu do Polski wschodniej części Górnego Śląska. Łączenie ziem dawnego zaboru rosyjskiego, pruskiego i austriackiego było przedsięwzięciem karkołomnym. Na terenie każdego z nich obowiązywał inny system administracyjny, prawny i transportowy.

Trzy różne organizmy
Podstawą transportu były koleje, ale w każdej z trzech części kraju ich system mocno się różnił i to nie ze względu na gęstość sieci. O ile na ziemiach zaboru pruskiego rozstaw szyn wynosił 1435 mm, o tyle w Rosji było to 1524 mm (część linii zostało przebudowanych do zachodniej szerokości podczas niemieckiej okupacji tych terenów). W Austro-Węgrzech szerokość torów była wprawdzie taka jak w Prusach, ale za to obowiązywał ruch lewostronny (w Krakowie tramwaje zaczęły jeździć prawą stroną dopiero w 1925 r.). W dodatku istniało niewiele połączeń przez dawne granice, więc transport kolejowy pomiędzy największymi ośrodkami gospodarczymi i miastami był bardzo utrudniony. W przypadku miejscowości przygranicznych, żeby dotrzeć z miasta do miasta, często trzeba było wjechać na teren sąsiedniego państwa.
Tak jak sieć komunikacyjna, tak cała gospodarka była w trzech częściach kraju powiązana przede wszystkim z dawnymi metropoliami, a więzi pomiędzy ziemiami trzech zaborów były bardzo słabe. Kopalnie, huty i elektrownie Górnego Śląska zaspokajały zapotrzebowanie fabryk znajdujących się po niemieckiej stronie granicy, a zagłębia włókiennicze w Łodzi i Białymstoku sprzedawały wyroby w głąb dawnego imperium carskiego.
Z terenów, które weszły w skład II Rzeczypospolitej, najbardziej rozwinięty był właśnie Górny Śląsk, gdzie dominował przemysł ciężki. Przemysł włókienniczy istniał w okolicach Łodzi, Białegostoku, w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim. Przemysł chemiczny, poza zakładami azotowymi wybudowanymi w Chorzowie przez Niemców w czasie wojny, w zasadzie nie istniał. Podobnie było w przypadku fabryk elektromechanicznych. Nie było też przemysłu zbrojeniowego.

Zaniechana reforma
Odradzająca się Polska była krajem zdecydowanie rolniczym. Ale i w tej dziedzinie istniały ogromne różnice pomiędzy poszczególnymi obszarami kraju. O ile w Wielkopolsce i na Pomorzu stosowano nowoczesne środki produkcji, w tym nawozy sztuczne, i wytwarzano wyroby głównie na sprzedaż, o tyle na ziemiach wschodnich rolnikom udawało się zaspokoić zaledwie własne potrzeby. Nawet tamtejsze wielkie latyfundia prowadziły gospodarkę ekstensywną. Wymowne jest porównanie wielkości plonów z hektara – na Kresach Wschodnich były one o połowę niższe niż na zachodzie kraju. Trzeba przyznać, że pod koniec 20-lecia międzywojennego różnice te nieco się zmniejszyły, ale wynikało to z jednej strony z ograniczenia stosowania nawozów na zachodzie, z drugiej zaś z upowszechnienia na wschodzie... żelaznego pługa w miejsce drewnianej sochy.
Na wsi mieszkało 2/3 ludności Polski. Poza terenami byłego zaboru pruskiego zdecydowaną większość stanowiły małe gospodarstwa. Jak wynika ze spisu rolnego z 1921 r., najwięcej z nich, ponad połowa, miało do 5 hektarów. Powyżej 50 hektarów miał niecały 1 proc. gospodarstw, a przypadała na nie prawie połowa ogólnej powierzchni.
Wieś była biedna i przeludniona. Tymczasem najwięksi obszarnicy, dziedzice dawnych fortun magnackich, dysponowali niewyobrażalnymi wręcz majątkami. Maurycy hr. Zamoyski miał 191 tys. hektarów, Karol ks. Radziwiłł 155 tys., a Jarosław hr. Potocki 135 tys. Nic dziwnego, że działacze partii chłopskich domagali się reformy rolnej i parcelacji ziemi. Opór środowisk ziemiańskich był jednak ogromny i dyskusje w Sejmie nie przynosiły rezultatów. Wprawdzie w lipcu 1920 r., kiedy wojska bolszewickie zbliżały się do Warszawy, udało się bez dyskusji uchwalić dość radykalną ustawę o reformie rolnej. Przewidywała ona przymusowy wykup ziemi od największych właścicieli za odszkodowaniem w wysokości połowy ceny rynkowej i bezpłatne przekazywanie jej robotnikom rolnym i małorolnym chłopom. Ustawa nie została jednak zrealizowana. Kiedy zagrożenie kraju minęło, zaczęto pracować nad zmianami, zwłaszcza po przyjęciu Konstytucji marcowej w 1921 r., która odwoływała się do „świętego” prawa własności.
Dopiero w 1923 r. politycy chłopscy uzgodnili z koalicyjnymi partnerami – endekami i chrześcijańskimi demokratami – nowe zasady przeprowadzenia reformy (tzw. pakt lanckoroński). Ustawa przewidująca dobrowolną sprzedaż ziemi przez właścicieli w celu parcelacji po cenach rynkowych i możliwość jej zakupu (również po cenach rynkowych) przez osoby zainteresowane została uchwalona w grudniu 1925 r. i nie przyniosła większych zmian w strukturze własności rolnej. Miało się to zemścić na gospodarce w latach 30., w okresie wielkiego kryzysu.

Państwo w natarciu
I wojna światowa spowodowała ogromne zniszczenia na ziemiach wchodzących w skład rodzącej się Polski. Przez tereny zaboru rosyjskiego i austriackiego przetaczały się fronty. Ewakuujący się z terenów kongresówki Rosjanie wywieźli ze sobą wyposażenie zakładów przemysłowych produkujących na rzecz wojska, a dewastacji dopełniła niemiecka okupacja. Prusacy konfiskowali zapasy i surowce, nie pozwalali na odbudowę przemysłu, by nie robić konkurencji swoim fabrykom. W sposób rabunkowy eksploatowali kopalnie węgla w Zagłębiu Dąbrowskim. Na wieś nakładali kontyngenty i przeprowadzali rekwizycję, w wyniku czego brakowało m.in. koni. Jeszcze jesienią 1918 r. zdołali wywieźć w głąb Rzeszy świeżo zebrane plony (podobnie postąpili Austriacy w Galicji), co w niektórych rejonach doprowadziło do głodu. W Galicji, gdzie Rosjanie odnosili przejściowe sukcesy, podpalili podczas odwrotu tamtejsze szyby naftowe. Jedynie na terenach dawnego zaboru pruskiego wojna sprzyjała wzrostowi produkcji, np. zakłady Cegielskiego podwoiły w tym czasie zatrudnienie. Szacuje się, że straty dla całego obszaru ówczesnego państwa polskiego sięgnęły 10 proc. majątku narodowego, a produkcja bezpośrednio po wojnie była o 30 proc. niższa niż przed nią.
Zaraz po wielkiej wojnie rozpoczęła się batalia o polskie granice. Na wschodzie walczono najpierw z Ukraińcami, potem zaś z bolszewikami, którzy w 1920 r. doszli aż pod Warszawę, gdzie ponieśli sromotną klęskę. W 1920 r. doszło też do regularnej wojny z Litwinami. Wydatki na armię pochłaniały około połowy budżetu. Dużym obciążeniem były też dotacje dla kolei państwowych, które w znacznej mierze działały na rzecz wojska.
Państwo wzięło też na swoje barki odbudowę przemysłu. Wojsko potrzebowało mundurów, amunicji i uzbrojenia, a obywatele żywności i miejsc pracy. Tymczasem kapitału prywatnego brakowało. Przed wojną bowiem najsilniejsze banki działały w dawnym zaborze rosyjskim, ale w wyniku wojny i rewolucji bolszewickiej utraciły większość ulokowanych w Rosji środków. Kapitał zagraniczny natomiast był ostrożny, traktował rodzące się i toczące wojnę państwo bardzo podejrzliwie i nie garnął się do inwestowania na ziemiach polskich. Trudno było też o pożyczki od obcych rządów – w czasie wojny z bolszewikami pożyczek udzieliły tylko Francja i USA.

Gospodarka, głupcy!
Dochody skarbu tylko w niewielkim stopniu pokrywały wydatki. Wprawdzie już w 1920 r. wprowadzono w kraju jednolity podatek dochodowy, wyrównano stawki podatku gruntowego, ustalono jednolity podatek od dochodu z kapitałów i podatek przemysłowy, ale ujednolicanie administracji skarbowej trwało do 1922 r. Ściągalność należności była niska.
Aż do 1924 r. deficyt sięgał od 60 do 90 proc. budżetu. Aby go pokryć, kolejne rządy, które zmieniały się średnio co pół roku, brały pieniądze „z niczego”, czyli drukowały ich coraz więcej, w miarę swoich potrzeb. Efektem była rosnąca inflacja i szybujący w górę kurs obcych walut. O ile w końcu 1918 r. dolar kosztował 9 marek polskich, o tyle pod koniec 1922 r. było to już prawie 18 tys. Początkowo inflacja nie była dolegliwa, istniał bowiem system dostosowywania płac do rosnących cen. I choć działał z pewnym opóźnieniem, to do jesieni 1921 r., dzięki dobrej koniunkturze w przemyśle, płace realne robotników rosły i osiągnęły nawet poziom przedwojenny.
W sytuacji, gdy wzrost kursu dolara był szybszy niż wzrost cen hurtowych, przedsiębiorcom opłacała się produkcja na eksport. Zarabiali na tzw. inflacyjnej premii eksportowej. Z Polski opłacało się wywozić niemal wszystko, więc krajowy rynek w zasadzie przestał się liczyć jako odbiorca. Dzięki temu w 1923 r. przemysł osiągnął poziom produkcji sprzed wojny. Jednak w tym samym roku inflacja przyspieszyła, a w drugiej połowie doszło do hiperinflacji i załamania gospodarki. Ceny rosły z dnia na dzień. W samym październiku wzrosły 4,5-krotnie, a w całym roku stopa inflacji sięgnęła 35,7 tys. procent!
Przedsiębiorstwa zaczęły ograniczać produkcję, rosło bezrobocie i niezadowolenie ludności. 6 listopada 1923 r. przeciwko strajkującym w Krakowie robotnikom wysłano wojsko, doszło do walk ulicznych. Wybuchały protesty także w innych miastach. W obliczu tych wydarzeń rząd, na którego czele stał Wincenty Witos, podał się do dymisji. Chętnych do budowania nowego gabinetu nie było.
Nowy rząd został utworzony z inicjatywy prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Był pozaparlamentarny, nie miał oparcia w żadnej partii politycznej, powstał dzięki milczącej akceptacji klubów poselskich. Na jego czele stanął Władysław Grabski. Komentatorzy byli przekonani, że przetrwa najwyżej kilka tygodni. Tymczasem rządził prawie dwa lata, najdłużej z wszystkich przed zamachem majowym. Władysław Grabski na trwałe zapisał się w historii Polski.


Żyrardowska afera prywatyzacyjna
Zakłady lniarskie w Żyrardowie w 1913 r. zatrudniały ok. 9 tys. robotników (ludność miasta liczyła ok. 40 tys. osób). W lipcu 1915 r. wycofująca się armia rosyjska wysadziła je w powietrze, a to, co ocalało, wywieźli Niemcy. W maju 1919 r. zakłady zostały przejęte przez państwo, aby uruchomić produkcję głównie na potrzeby wojska. W 1923 r. francuski przedsiębiorca Maurice Bouchard kupił od spadkobierców poprzedniego właściciela ok. 40 proc. akcji i doprowadził do reprywatyzacji zakładu. Jego zadłużenie wobec państwa, które w kwietniu 1923 r. po przeliczeniu z marek polskich wynosiło 2,5 mln franków szwajcarskich, w wyniku hiperinflacji i gwałtownego spadku kursu krajowej waluty, w styczniu 1924 r. stopniało do... zaledwie 18,8 tys. franków! Odpowiedzialnego za transakcję ministra nie udało się postawić przed Trybunałem Stanu, a zakłady przez kolejne lata znajdowały się na krawędzi bankructwa, do czasu ponownego przejęcia przez państwo w 1936 r.


Przy pracy nad artykułem korzystałem z książek „Historia gospodarcza Polski” Andrzeja Jezierskiego i Cecylii Leszczyńskiej, a także „Gospodarka Drugiej Rzeczypospolitej” Zbigniewa Landaua i Jerzego Tomaszewskiego.